niedziela, 28 maja 2017

Też tak czasem macie?

Raz, drugi i trzeci pierdyknął kosz ze zmywarki. Oczywiście pełen szklanek bo przecież pusty nie może pierdyknąć, nieprawdaż? Pomyślałam na spokojnie (ku#%^#%@$$@$%), że nawet Mona Lisa się sypie i pewnie coś tam się wzięło i urwało. Wiedziona mą kobiecą ciekawością pogmerałam w bebechach maszyny bez której nie widzę sensu egzystować w kuchni i znalazłam. Taki pierdolnik, z kółeczkiem się ujebał. Żeby było śmieszniej w ilości sztuk dwie.  Wchodzę na Mistrza Googiela i myślę, że takie wichajster ki to pewnie uszczuplą znowu moje skromne budżety, a tu pffff, prooooszę państwa! Toż to warte tyle co pierścionek w otchłani Mordoru. Nie wiem już jak działa system przesyłek bo jak zamawiałam prezent na już to po tygodniu dotarł na moje wygwizdowo, a takie kółeczka moi drodzy- nie do wiary! O świcie dnia następnego, kiedy ja jeszcze w peniuarach (czytaj dresy po którymś dziecku, co go już nosić nie chciało) dostarcza mi je uśmiechnięty jak zawsze kurier, pan Dariusz, którego moje poranne imidże już nie szokują, choć za pierwszym razem prawie, że omdlał. Ale do brzegu. Otóż tak sobie myślę, że te kółeczka (plus wichajsterki, rzecz jasna) to musiały zwyczajnie przeturlać się elegancko przez znaczną część trasy i pan Dariusz to je zwyczajnie po drodze przechwycił. Wymiana tego to już dziecinnie prosta była. Wyjebać jedne, założyć drugie. Jaka radocha, jaka ja zdolna jestem i jaka utalentowana, sama dałam radę yey! Cztery kółeczka wyjęłam, cztery założyłam, pikuś. 





Tak coś koło tygodnia działało ok. W końcu przestałam wydłubywać potłuczone szkło z filtera. A później ta uparta franca, zmywarka znaczy, zaczęła sobie podczas pracy otwierać drzwi. Rozumiecie? No jak ja kuźwa zmywam to drzwi nie otwieram bo po co? A tej się coś pojebało i dawaj otwierać coraz to częściej.  Jak już zaczęłam używać krzesła do podpierania to se pomyślałam, że coś jest jednak nie helloł i postanowiłam znowu zadziałać. Że ja nie dam rady?! Ja?! Ja jestem jak ten osioł uparty. Jak nie, jak tak! Poszukałam śrubokręciki różne, wymacałam gdzie są śrubki i testuję gdzie tu się ustawia te popieprzone blokady, co by franca  drzwi nie rozwierała. Ja to nawet wkrętarki użyłam. Tylko jak te drzwi co to się rozwierały, teraz pierdolnęły o glebę to zrozumiałam, że to nie te śrubki. No żesz nie do wiary! No czekaj ty, ja ci jeszcze pokażę, że zamkniesz te swoje odrzwia! Wkurw wpasował mi się w poziom focha normalnie. Załączyły się podzespoły do tej pory uśpione bo nie codziennie buduję promy kosmiczne, choć od święta mi się zdarza. I jak się tak spięłam, skupiłam się przy wkręcaniu tych nieszczęsnych drzwi, zaświtała mi jedna, straszna myśl.  Wyciągnęłam ponownie kosz, który wcześniej tak elegancko uzbroiłam w te chujdygi …I co? I nie wiem jak ja się matematyki uczyłam i kto mi tą maturę dał jak ja liczyć nie umiem. W szynie jak byk leżały po prawicy cztery kółeczka, a po lewej TADAM pięć! Pięć kurwa i przez to drzwi opierając się o wystającą szynę, MUSIAŁY  się otwierać. Proszę abyście w komentarzach  nie pisali propozycji stanów umysłowych bo już sobie wszystkie wygulgałam. Z Martini.

Pozdrawiam

1 komentarz:

  1. Wpasowując się w stylistykę posta: jebłam :D

    OdpowiedzUsuń